Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Refleksyjnie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Przeprosinowo...

Nie ma mnie tu. Zniknęłam. A jak już się pojawiałam to rzadko i na króciutko. I za to dzisiaj przepraszam.
Choć nie wiem czy ktokolwiek moją nieobecność zauważył to ja i tak przepraszam. Choć nie wiem czy komukolwiek te przeprosiny potrzebne to ja i tak przepraszam. Przepraszam bardziej sama dla siebie, bo mam Was Czytelników tutaj troszeczkę i niechby chociaż trzy osoby były, co tam trzy, niechby chociaż jedna była to ja właśnie Ją przepraszam. Bo być może Ona (ta osoba) zaglądała tu raz po raz, a tu cisza. Bo być może Ona (ta osoba) chciała się ze mną spotkać, a mnie nie było. I ja właśnie za to przepraszam, za to, że najpierw Was do siebie zaprosiłam, a potem na tak długo zostawiłam, ale już wracam.
Ta moja nieobecność spowodowana była przede wszystkim zatraceniu się w podwójnym macierzyństwie. Dni uciekały jak szalone. Wieczory wymuszały odpoczynek przed kolejnym dniem. Nie było kiedy przysiąść i coś tu skrobnąć. Ale dosyć. Mam w sobie mocne postanowienie powrotu pisania. Własnie pisania. Bo to podwójne macierzyństwo zmusiło mnie do wielu przemyśleń i wielu refleksji, ale nie pisałam o tym, bo nie taka była idea tego blogu. Własnie "była", a teraz przecież może być inna. I tak będzie. Pozwolę sobie tutaj pisać o moich refleksjach i przemyśleniach dotyczących macierzyństwa, niemowlęctwa, życia rodzinnego i życia w ogóle. Oczywiście posty z pomysłami na prace plastyczne dla dzieci nadal pozostaną, ale pojawią się także inne. Może także przypadną Wam do gustu.
No także ruszam z kopyta i mam nadzieję, że uda mi się to wszystko co się w głowie kotłuje przelać "na klawiaturę" i przeorganizować bloga zgodnie z moim zamysłem.

PS A gdyby ktoś była bardzo ciekawy mojej codzienności to zapraszam na instagrama @edziowa83 Tam mnie dużo :-)

środa, 23 grudnia 2015

Życzeniowo...














Bo kiedy w rodzinie pojawia się choroba nie jest wesoło;
Bo kiedy kogoś zabraknie przy świątecznym stole nie jest wesoło;
Bo kiedy za kimś tęsknimy nie jest wesoło;
Bo kiedy nie doceniamy tego co mamy nie jest wesoło;
Bo kiedy brakuje nam pogody ducha nie jest wesoło;
Bo kiedy nie jesteśmy szczęśliwi nie jest wesoło;
Dlatego razem z moimi "reniferkami" życzymy, aby Was to wszystko ominęło, czyli tak po prostu


środa, 15 kwietnia 2015

Nadopiekuńczość?

Nie, nie miałam zamiaru o tym tutaj pisać. Przyznaję, że w momencie zdarzenia targały mną wielkie emocje i miałam ochotę wykrzyczeć całemu światu co ja o tym myślę, ale wieczorem (kiedy to znajduję czas na wpisy)  emocje opadły, choć temat cały dzień baaaardzo gniótł moje serce.
Tak więc, wpisu miało nie być, ale dzisiejszy Child Alert tak dołożył do tych moich emocji, że muszę. Muszę z Wami pokrótce, nie wdając się w szczegóły, podzielić się moimi wczorajszymi przeżyciami.

Południe, jedno z zielonogórskich blokowisk. Sprawę tam mam do załatwienia, więc idę. Idę i widzę wózek z dzieckiem w środku. Malec (ok. półroczny) wierci się  i zaczyna niespokojnie  kwilić. Rozglądam się. W zasięgu mojego wzroku nikogo nie ma. W mieszkaniu na I piętrze okno balkonowe otwarte na oścież. Myślę, pewnie mały spał i ktoś nie chcąc go budzić zostawił przed blokiem. Jak obudzi się na dobre i zacznie płakać to pewnie opiekun dziecka zareaguje. Wchodzę do klatki, ale myśli nie dają mi spokoju. No dobrze, balkon otwarty, ale jednak nikt malca nie obserwuje. Mały już przebudzony. Rekcja ze strony opiekuna powinna już nastąpić. Poza tym jak można tak dziecko zostawić i obserwować (nie wspominając już o braku takiej obserwacji) z balkonu? Zatrzymuję się na klatce i czekam przy oknie. Po kilku minutach dziecko płacze już dość głośno. Koło wózka pojawia się chłopiec z dziewczynką (ok. 10-letni) na rolkach. No tak - myślę - pewnie jedno z nich (a może nawet oboje) to rodzeństwo malca i zostawili wózek, bo rolki ważniejsze. Wiadomo, dzieci. Idę więc załatwić co załatwić mam. Odbieram to co do odebrania miałam i schodzę na dół. Dziewczynka stoi przy wózku i z troską głaszcze płaczącego małego po ręce, a chłopiec kilka kroków dalej rozmawia przez telefon. Sumienie nie pozwala mi nie zapytać się ich czy to oni się opiekują tym dzieckiem. Okazuje się, że nie! Usłyszeli płacz dziecka i przyjechali (na tych rolkach) zobaczyć co się dzieje. Chłopiec właśnie zadzwonił do swojego taty, że znaleźli dziecko na ulicy. Tata w pracy, prosi, aby zadzwonili na policję. Oni proszą o to mnie. Dziecko płacze, a ja razem z nim. Nie mogę się powstrzymać. Łzy lecą same. Mówię im, że zaraz zadzwonię, muszę się tylko troszkę uspokoić. Mija chwilka, ogarniam się. Trzeba działać. Od momentu ujrzenia przeze mnie tego wózka minęło już jakieś 10 minut. Nie ma na co czekać. Wyciągam telefon. I w tym momencie z pobliskiej klatki wychodzi starsza pani. Nie wiem czy babcia czy opiekunka dziecka, ale osoba za to dziecko odpowiedzialna. No właśnie, czy aby słowo "odpowiedzialna" jest odpowiednie? Informuję panią, że przyszła w ostatnim momencie, bo już dzwoniliśmy na policję. Pani karze mi się "stuknąć w mózg" i nie przesadzać, bo przecież ona "mieszka tu na IV piętrze i na minutkę zostawiła dziecko, bo poszła tylko siku". Tłumaczę tej pani na spokojnie, że ta minutka trwała co najmniej 10 minut i, że jej zachowanie jest wielce nieodpowiedzialne i, że nawet gdyby to była tylko minutka to i tak wystarczyłaby ona na to, aby dziecko porwać. W tym momencie pani nie zważając na obecność dzieci krzyczy na mnie używając łaciny podwórkowej. Okej - myślę - w takim wypadku dyskusję uważam na zakończoną. Nic nie odpowiadam. Pani zabiera wózek i odchodzi. Chwalę chłopca i dziewczynkę, mówię im, że są naprawdę super dzieciaki. Odjeżdżają. A ja stoję jak słup soli. Nie mogę się ruszyć. Może naprawdę przesadziłam? Może to tylko moja nadopiekuńczość? Może to ciąża spowodowała takie moje wyolbrzymienie? Myślę sobie, że chyba nie, ale dla uspokojenia i spojrzenia na całą sytuację trzeźwym okiem postanawiam zadzwonić do Męża. Dzwonię, mówię jak było. Przeżywam. Nie wiem co robić. Mam to tak zostawić? Myślę sobie, że kimkolwiek by ta pani nie była dla tego dziecka to jednak zachować się tak nie powinna. A rodzice? Chyba powinni wiedzieć, że taka sytuacja miała miejsce. Pytam Męża co robić, bo ja to najchętniej pomimo wszystko zadzwoniłabym na policję, ale ja to ja, lubię przesadzać. Mąż doradza, żeby dzwonić, nie uważa, że przesadzam. No to dzwonię. No i po raz kolejny opowiadam wszystko jak było i ryczę temu policjantowi do słuchawki. On mnie informuje, że skoro nie wiem jak ta pani się nazywa i gdzie konkretnie mieszka to oni nic nie mogą, bo przecież patrol nie będzie teraz biegał po osiedlu i szukał tej pani. Tłumaczę więc, że znam numer klatki i piętro zamieszkania tej pani, więc to im znacznie ułatwia poszukiwania. Tłumaczę jak wyglądał wózek, w jakim wieku mniej więcej było dziecko. Myślę sobie, że to jednak dość sporo informacji. Policjant swoje. Pytam więc czy w takiej sytuacji powinnam to tak zostawić jak jest i nie dzwonić na policję? Pan postanawia poinformować o całej sytuacji odpowiedniego dzielnicowego i jemu przekazać tę sprawę. Myślę sobie, że to dobre rozwiązanie i kończę rozmowę. Choć, tak jak wspomniałam, cała ta sytuacja siedziała w mojej głowie cały dzień to wieczorem postanowiłam się uspokoić i zasnąć jednak z myślą, że zrobiłam co mogłam. I tak też się stało.

Ranek przywitał mnie informacją o poszukiwaniach, najprawdopodobniej porwanej, 10-letniej Mai i ogłoszeniu w tej sprawie procedury Child Alert. No i jak tu nie wrócić w takiej sytuacji wspomnieniami do dnia dnia wczorajszego? Nie, to, że nie zostawiałbym dziecka w wózku chociażby na minutę przed blokiem nie jest nadopiekuńczością!!! A jeżeli mimo wszystko ktoś sądzi, że jest, to ja jestem i będę nadopiekuńczą matką!!!

Mam nadzieję, że jeżeli wczorajsza sytuacja nie dała starszej pani nic do myślenia i jeżeli to co mi w twarz wykrzyczała było jej faktycznym rozumowaniem to ten dzisiejszy Child Alert skłonił ją do przemyśleń i zmiany swojego postępowania.


czwartek, 26 lutego 2015

Szczęśliwie...

Od jakiegoś czasu, chwilowo (mam nadzieję) jestem niezmotoryzowana. W związku z tym, że nigdzie nie muszę się spieszyć, że powinnam dużo spacerować, że idzie wiosna itp. jakoś przełknęłam tę niedogodność. No, ale jednak czasami urasta ona do rangi wielkiego problemu. I tak było właśnie dzisiaj.
Na godzinę 11:00 musiałam dotrzeć na spotkanie. Po drodze musiałam zawieźć Paulę do Teściowej.

No i tak idziemy po 9 na przystanek i biadolę sobie w myślach jaka to ja jestem nieszczęśliwa:
- że usiałam się rano zrywać z łóżka, a przecież powinnam dużo spać i wypoczywać;
- że Mąż musiał wcześnie rano wyjechać do pracy i nie mógł odwieźć Pauli, a przecież to by mi tak ułatwiło sprawę;
- że znowu muszę kogoś prosić o pomoc przy Dziecku, bo Ono znowu po chorobie i musi być kwarantanna od przedszkola;
- że te bilety takie drogie i całe dzisiejsze podróżowanie komunikacją miejską to nas wyniesie 15 zł;
- że potem jeszcze muszę zrobić zakupy w dwóch miejscach i taszczyć się z tymi siatami do domu.

Tak idę i współczuję sobie sama tych wszystkich nieszczęść. Idę za rękę z Córką, a Ona jak to Ona ciągle gada. Ja tu taka nieszczęśliwa, a Ona świergoli jak wróbelek:
- "O, mamusiu zobacz ławka i śmietnik w takim samym kolorze, zobacz, jak bliźniaki wyglądają!"
- "Mamo, a skąd się wziął szron na tej trawie?"
- "A do Babci to chyba <ósemką> pojedziemy, co? Takie dwa brzuszki muszę być, nie?"
- "A będę mogła wybrać miejsca w autobusie? Pokażę Ci gdzie zawsze siadamy z Babcią, żeby wszystko widzieć, chcesz?"

I nagle nachodzi mnie myśl. Taka myśl uzmysłowiona przez niespełna 5-latkę.
Kobieto o co Ci chodzi!? Zobacz jaka jesteś szczęśliwa:
- że mogłaś rano wstać z łóżka (swojego własnego), że możesz teraz spacerować, że nie musisz leżeć w szpitalu; że masz cel dnia - wywiad radiowy, że ktoś chce słuchać, nagrać i puścić w eter to co masz do powiedzenia o swojej społecznej działalności;
- że Mąż Twój ma pracę, którą lubi;
- że masz kogo poprosić o pomoc, że zawsze bez problemów ją otrzymasz, a na koniec jeszcze usłyszysz, że następnym razem także możesz liczyć na wsparcie; a Dziecko po chorobie czyli zdrowe;
- że w kieszeni Ci dzwoni te 4,50 zł na bilety i niczego nie musisz sobie za to odmawiać, że nie musiałaś tych pieniędzy uzbierać - wzięłaś po prostu z portfela;
- że te zakupy to musisz zrobić w dwóch miejscach, bo chcesz kupić smacznie i zdrowo, a potem możesz te siatki do domu zanieść, bo jesteś zdrowa i w pełni sił.

I wsiadam do autobusu taka cała w skowronkach ze świergoczącą oczywiście dalej jak wróbelek Córką. I taka jestem szczęśliwa...od dwóch minut :-)

I nawet po nagraniu z tego całego szczęścia zaoszczędziłam na bilecie, bo wróciłam po Paulę spacerkiem, a spieszyć się nie musiałam, bo Teściowa zarządziła, że idą na spacer, a potem jedzą wspólny obiad (ja też się załapałam :-) ).

A po południu dzięki Annie dostał się w moje ręce taki cytat Wiesława Myśliwskiego:

"O szczęściu mówiłem. Że szczęścia trzeba szukać w sobie, a nie naokoło. Że nikt go człowiekowi nie da, jak sam sobie go nie da. Że szczęście jest nieraz bliziutko, może w tej ubogiej izbie, gdzie się całe życie żyje, a ludzie Bóg wie gdzie go szukają. Że niektórzy w sławie i bogactwie go szukają, ale na sławę i bogactwo nie każdego stać, a szczęście jest jak woda i każdemu chce się pić. Że nieraz jest go więcej w jednym dobrym słowie niż w całym długim życiu."

Skąd Ona wiedziała, że ja właśnie tę lekcję dzisiaj rano odrobiłam? :-)

PS Właśnie kończę pisać post gdy dzwoni Teściowa. Proponuje, żeby w przyszłym tygodniu przywozić Jej Paulę, żebym ja sobie mogła odpocząć :-)

No i jak ja mam być nieszczęśliwa? O co mi w ogóle rano chodziło?!

wtorek, 20 stycznia 2015

Babciowo i Dziadkowo...

Ci "dzieciaci" to pewnie pamiętają, ale Ty bezdzietny Czytelniku także nie zapomnij.
21 stycznia to Dzień Babci, a 22 to Dzień Dziadka!!!
Oczywiście odwiedzimy w tych dniach Babcie i Dziadka Pauli. Zawitamy na herbatkę do mojej Babci. Z podwójnym prezentem, wszak Dnia Prababci nie ma, więc uściski od Prawnuczki odbierze także jutro :-)
I choć obowiązku dnia codziennego nie zezwolą na wizytę na cmentarzu w tych dniach to w weekend pojedziemy na pewno. Paula zapali znicz na grobie swojego Dziadka, a my na grobach mojej Babci, Prababci i Dziadków. Pod krzyżem zapalimy znicze ku pamięci Babć i Dziadków Męża, których mogił, nie mamy możliwości nawiedzenia ze względu na dzielące kilometry.
Nie wyobrażam sobie, aby było inaczej. I Ciebie Drogi Czytelniku także do tego namawiam. Warto chociaż przy takich okazjach zatrzymać się i pomyśleć przez chwilę. Groby tych zmarłych, które odwiedzisz to Twoje korzenie. Dbaj o pamięć o nich!

Dzień Babci i Dzień Dziadka to także ważne dni w życiu moich uczniów. Wielu z nich mieszka ze swoimi babciami i dziadkami, więc laurki dla nich przygotowaliśmy już dzisiaj, aby mogli je wręczyć przy jutrzejszych porannych buziakach :-)

Kwiatki dla babć :-)


Koszule z krawatami dla dziadków :-)


Moi Rodzice i Teściowa, tradycyjnie już, dostaną kalendarze z wnuczętami, ale robienie laurek to wielka frajda, więc Paula też je wykonała :-)





Miłego świętowania wszystkim życzę :-)

piątek, 2 stycznia 2015

Noworocznie...

Przeczytałam dzisiaj taką zagadkę:

"Były sobie trzy żaby spływające na liściu w dół rzeki. Jedna z nich postanowiła wskoczyć do wody. Ile żab pozostało na liściu?
Na liściu nadal są trzy żaby. Dlaczego? Ponieważ postanowić a wykonać to dwie różne sprawy. "

Opisana sytuacja idealnie przedstawia mój stosunek do noworocznych postanowień. Nie czyniłam ich nigdy i ten rok nie jest wyjątkiem. Nie widzę powodu, aby postanawiać coś akurat 1 stycznia. A czemu nie 17 marca? A może lepiej 8 czerwca? No chyba, że wolisz 23 października? Nie wiadomo co przyniesie życie i jak będę potrzebowała dokonać w nim zmian to żaden 1 stycznia nie będzie mi do tego potrzebny.
Zastanawiam się także po co w ogóle coś postanawiać? Czy to coś zmienia? Najczęściej słyszę, że ludzie postanawiają rzucić palenie, jeść mniej słodyczy, zapisać się na zajęcia ruchowe, schudnąć. Od postanowienia zmiany się nie dokonają - potrzeba działania!

Życzę Ci Drogi Czytelniku, aby rok 2015 był rokiem działania ku realizacji Twoich marzeń :-) Sobie też tego życzę :-)

PS A skoro o zmianach mowa to jak Wam się podoba blog "po remoncie" :-) Trwają jeszcze drobne prace wykończeniowe, ale jestem już bliska mojego ideału :-)

W tym miejscu dziękuję moim prywatnym grafikom, dzięki którym mam swoje własne logo. I. i A. buziaczki dla Was <3

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Poświątecznie...

"Święta, święta i po świętach" - to zdanie przewija się ostatnio wśród wielu osób. A ja jakoś nie mogę się z tym zgodzić. Bo o ile pierwszy człon "święta, święta" oznaczający zapewne przedświąteczną gorączkę ma w sobie wiele z prawdy, tak ten, że tak ciach prach i jest już "po świętach" jakoś do mnie nie przemawia. Przecież zanim to "po" to było jeszcze coś w trakcie. A jakie wspaniałe było to "w trakcie", prawda? A ile pięknych wspomnień po sobie pozostawiło? A ile serc odmieniło? No więc ja się pytam: Jakie "po świętach"? Ten czas rokrocznie zostawia po sobie mniejszy lub większy ślad, więc może i kalendarzowo jest już "po", ale w wielu sercach jest jeszcze "w trakcie".
Moje wigilijne wspomnienie znacie. A jakie jest to świąteczne? Przede wszystkim radosne! To były święta spędzone wśród rodziny. A jak jest rodzina w komplecie to nie może być inaczej niż radośnie. Do tego jeszcze dochodzi gwarnie, głośno i wesoło :-) I takie były moje tegoroczne święta. Do tego stopnia gwarne, że mało kto i mało kiedy, tracił te cenne chwile na pstrykaniu fotek. I w związku z tym z tych dni jedynie garstka zdjęć. Nie mamy nawet tradycyjnego, rodzinnego zdjęcia przy choince :-) Ale kto by się tym przejmował!
Udało się natomiast mojemu Mężowi uchwycić w kadrze renifery zanim zostały pożarte :-)


Po każdym takim świątecznym, gwarnym dniu następował spokojny wieczór spędzony we własnym domu. Cieszę się, że mamy taką możliwość, ponieważ lubię także te świąteczne chwile, które celebrujemy tylko w naszym trzyosobowym gronie i w zaciszu naszego domu.







 

Po świętach za sprawą naszych ukraińskich przyjaciół pojawiła się u nas także popularna w tamtym kraju, szklana choineczka z bombkami. Cenię sobie takie ozdoby za ich wyjątkowe pochodzenie i za to, że są czymś więcej niż zwykłym bibelotem. I. i M. jeszcze raz dziękujemy :-)




sobota, 27 grudnia 2014

Wigilijnie...

Bo kiedy On źle się czuje to Ona smaży karpia zamiast Niego.
Bo kiedy On walcząc z chorobą ubiera się odświętnie.
Bo kiedy On jest już przy stole to dla Niej nieistotne jest włożenie nowej sukienki.
Bo kiedy On słucha Słów Bożych czytanych przez swoją najstarszą córkę patrząc na dwie pozostałe...
Bo kiedy On ma przy sobie wszystkie wnuczęta...
Bo kiedy On dzieląc się białym chlebem nie wypowiada ani słowa...
Bo kiedy Jego wilgotne oczy mówią wszystko...
Bo kiedy nie można wypuścić Go z objęć...

Bo kiedy dzieje się to wszystko to ja przeżywam swoją najpiękniejszą Wigilię...

Kocham Cię, Tato!!!





czwartek, 20 listopada 2014

Gorączkowo...

No i mnie dopadła! W tym roku wyjątkowo wcześnie. Zazwyczaj do Andrzejek się trzymam, a tu w tym roku się nie udało. Przyszła wczoraj.
Witaj świąteczna magio!!!
Już od jakiegoś czasu zdolni ludzie pokazują na fb swoje świąteczne wytwory. Większość polubionych przeze mnie rękodzielników napisało już na swoich fp, że nie przyjmuje zamówień na świąteczne prezenty, bo mają ich zanadto.
Wczoraj byłam z Paulą w Centrum Kwiatowym, bo jutro w przedszkolu przedstawienie (na które mimo zakazu chodzenia do przedszkola idziemy - nie mogliśmy Jej tego zabronić, tym bardziej, że czuje się już lepiej, więc liczymy, że pół godziny w gronie rówieśników jej nie zaszkodzi) i musi być panią jesień, więc szukałyśmy kwiatów na jesienny wianek na głowę :-) A tam? Oczywiście ozdoby świąteczne. Mnóstwo ozdób świątecznych!!! No i przepadłam. Uwielbiam szperactwo w świątecznych bibelocikach. Oczywiście napełniłabym nimi swój koszyk po brzegi, ale zaraz jak je tam włożę to przypominam sobie, że liczba miejsc na ustawienie tego wszystkiego w domu jest bardzo ograniczona. Tym bardziej jak się chce, aby to wszystko miało swój urok. No to nie pakuję wszystkiego i robię ostrą selekcję. Och, jakież to trudne! Ale jednego maleńkiego zimowego ptaszka to chyba nie muszę sobie odmawiać, co? No dobra, kupiłam dwa :-)
Dwa dni temu przeanalizowałam ulotki zabawkowe i poszukiwaniu perełek dla dzieciaczków. No odnalazłam ich troszkę i wyruszyłam dzisiaj z samego rana, przed wyjściem Męża do pracy, na łowy. Upolowałam co chciałam i szafowe skrytki zapełniły się gwiazdkowymi prezentami.
No i czy można w takich warunkach nie dać się zwariować? Ja nie mogę, nie umiem, nie potrafię, nie chcę!!!
W grudniu jestem dzieckiem. Jestem dzieckiem, które uwielbia Boże Narodzenie. Od wywieszenia kalendarza adwentowego zaczynam coś tam w domu powolutku dekorować. Zaczęłabym pełna parą, ale nie chcę drażnić Męża. On czuje klimat świąteczny tylko w święta, więc nie chcę być zbyt nachalna. Facet jak facet, trzeba z nim powolutku i małymi kroczkami :-) Przebieram więc nogami robiąc małe kroczki i zastanawiam się czasami czy kalendarz adwentowy jest bardziej dla Córki czy dla mnie :-)
Cieszę się, bardzo się cieszę, że już niedługo będzie trzeba zaplanować świąteczne menu, że będzie trzeba zrobić ogromniastą listę zakupów i po nie jechać (przed świętami to nawet one nie drażnią), że trzeba będzie wystawać całymi dniami w kuchni (a te zapachy!), że trzeba będzie wyłapać kurz z najdalszych kątów, że trzeba będzie po nocy jechać do mamy, bo przecież zapomniałam wziąć obcinarki (tak to się nazywa?) do pierogów, że trzeba będzie pod osłoną nocy pakować prezenty i, że trzeba będzie zrobić milion innych rzeczy. Uwielbiam przedświąteczną gorączkę!
Podsumowując, jestem fanatyczką Bożego Narodzenia i jak dla mnie w radiu mógłby się już zacząć sezon na "Last Christmas" :-)
Weźcie sobie ode mnie trochę tego entuzjazmu, bo mnie rozpiera, a idą święta, więc rozparta być nie mogę :-)

wtorek, 4 listopada 2014

Był sobie dzień...

Kobieta ma ciężki dzień, drugi z rzędu.
Po pracy idzie do ulubionej kawiarni. Siada przy barze. Kelnerka niczym prawdziwy barman wysłuchuje wszystkich żali i jak na kawiarnię przystało zamiast bomby procentowej ląduje przed kobietą bomba kaloryczna. No tego jej było trzeba :-) Potem plotki, zabawne historie i mnóstwo śmiechu. W kawiarni panuje przyjazna atmosfera. Kobieta się odpręża. Jest zrelaksowana i rozleniwiona. Temat schodzi na kino. Tak, kino - myśli kobieta, a głośno mówi: "Co tam, że pranie wychodzi z pralki, wychodziło trzy dni to i czwarty może". Przecież już dawno obiecała Córce "Pszczółkę Maję"- postanawia zabrać Dziecko do kina. No i tu znowu ta Kelnerka niczym barman zamawiający taksówkę klientowi, sprawdza  godzinę seansu. Jest idealna. Zaraz po przedszkolu. Kobieta wychodzi, jedzie po Dziecię i do kina. A tam? Pustki. Siedzą same we dwie w kinowej sali, normalnie jak księżniczki jakieś, tudzież vip'y :-) Po kinie...naleśniki, a co? Jak szaleć to szaleć. W końcu kota nie ma (męski przedstawiciel rodziny w delegacji), więc myszy harcują :-)
Po powrocie do domu, pełna siły i energii, kobieta pozmywała pełen zlew naczyń, powycierała kurze, odkurzyła całe mieszkanie. No i zrobiła pranie!
Chyba nie sądziłaś, Droga Kelnerko, że tego nie zrobię? :-)
To był piękny dzień!
Takie rzeczy tylko w Zielonej Górze i tylko w Family Cafe :-)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Nieświęto i święta.

Za nami nieświąteczno-świąteczny weekend. Jak na weekend przystało zaczęło się od piątkowego popołudnia.
31 października to Halloween. Co by nie pisać i jakby nie unikać tematu, dziecko i tak o nim usłyszy. Mamy przedszkola, szkoły, sklepy, reklamy, a tam ten temat nie jest omijany. No więc nie możemy go także pomijać w domu. Taki temat tabu to chyba jeszcze gorzej niż halloweenowe przebieranki. Wychodząc z takiego założenia już w zeszłym roku postanowiliśmy o tym z Córcią porozmawiać. Opowiedziałam jej, że jest taki dzień, w którym dzieci przebierają się za różne stwory i chodzą po domach, żeby ludzie dawali im cukierki. Poszłyśmy razem do sklepu kupić słodkości. W domu przesypałyśmy je do koszyczka i Paula bardzo się cieszyła i czekała na te dzieci. Powiedziałam, że Ją także możemy przebrać. Z czarnej koszulki Męża zrobiłam jej sukienkę i wymalowałam twarz. Paula odmówiła chodzenia w takim stroju, bo jest brzydkiego koloru i kazała sobie zmyć malunki z twarzy, bo nie są kwiatkami :-) Cukierki wręczyła tylko przy pierwszej wizycie dzieci. Potwory w ogóle jej się nie spodobały i nie miała ochoty ich więcej oglądać. Bardzo mnie to ucieszyło. Nigdy do szczęścia nie było mi potrzebne Halloween. Brak entuzjazmu ze strony Córki do tego dnia w ogóle mnie nie zmartwił.
W tym roku było zupełnie inaczej. Paula już od poniedziałku chodziła i dopytywała się kiedy będzie Halloween. Wymyślała za co się przebierze i co będzie malowała, aby udekorować dom na ten dzień. Postanowiła namalować pająka, Gargamela, potwora i ..osę. Tak, osę. Tego dnia według mojej Córki miało być pełno strasznych rzeczy, a dla Niej osa jest straszna, bo ma żądło i może kogoś ukłuć :-) I nie były jej potrzebne żadne duchy, kościotrupy czy inne wampiry. Ona chciała tego dnia przebrać się za czarownicę i robić psikusy. Dla Niej Halloween to połączenie balu przebierańców i prima aprillis. Przecież nikt nikogo nie gani za psoty 1 kwietnia. Przecież nikt nikogo nie wygania w karnawale z balu przebierańców jak jest czarownicą. To dlaczego to robić 31 października?
Nie wyprowadzając Pauli z Jej myślenia tak postanowiliśmy przeżyć ten dzień. W czwartek kupiłam w sh za 7 zł pelerynę w pajęczyny (na jej widok był szał w oczach Pauli, a w sumie to jest do dziś :-) ). Natapirowałam włosy. Powieki pomalowałam szarym cieniem, a usta niebieską kredką. Efekt baaardzo zadowolił małą czarownicę i w takim wydaniu wyruszyliśmy na zorganizowane przez  Fundację Lyada halloweenowe spotkanie w Family Cafe. Było bardzo sympatycznie. Bez zbędnych komentarzy i opowiastek na temat tego dnia. Dzieci pomalowały balony robiąc im śmieszne miny, owinęły się nawzajem papierem toaletowym zamieniając się tym samym w mumie, zrobiły pająki z owłosionych drucików, zostały wymalowane na buziach, same przygotowały i zjadły tosty z potworkami wymalowanymi ketchupem. Tak nam minęło to nieświęto. Było gwarno i radośnie :-)





A święta to są 1 i 2 listopada. To te dni celebrujemy i przykładem pokazujemy co jest ważne. Żadne tłumaczenia i słowa nie zastąpią czynów. To w te dni nie idziemy do pracy i spędzamy je w gronie rodziny. Zamiast cosobotniej jajecznicy na śniadanie była sałatka, po śniadaniu obowiązkowa kawka i świąteczne ciacho. Potem wyjazd na mszę na cmentarz w Świdnicy. Spotkanie z moimi Rodzicami i Siostrą z rodziną. Obiad u Mamy. Wyjazd na cmentarz w Zielonej Górze. Rodzinne nawiedzanie grobów bliskich osób. Poznawanie rodzinnych korzeni i rozmowy o śmierci. Kolacja u Teściowej. W niedzielę wyjazd do Wolsztyna na grób dziadków Męża. Kawa u Chrzestnej A. Po powrocie msza święta.
Widać różnicę?

niedziela, 12 października 2014

O kochaniu słów kilka

Sobotni poranek. Family Café. Czekając z Córką aż Mąż do nas dołączy zamawiamy to co zawsze. Siadamy przy stoliku. Konsumujemy i rozmawiamy. Pomiędzy jednym a drugim zdaniem Paula mówi: "Mamo, kocham Cię", odpowiadam jak zawsze: "Ja też Cię kocham, myszko".

Sytuacja dla mnie zupełnie normalna. Takie kwestie wygłaszamy na przemian kilka razy dziennie.


Nagle słyszę głos ekspedientki (jednej z dwóch naszych ulubionych w tejże kawiarni :-) ) "Ależ to było piękne!" Odwracam się, aby się uśmiechnąć. Moim oczom ukazuje się niesamowity widok. Ania wpatrzona w nas jak w obrazek swoim zeszklonym wzrokiem. Przy ladzie klientka, oczekując na swoje śniadanie, ociera łzy.
Na moje ciało wstępują ciarki. Te dwie zapłakane kobiety zauważają podniosłość chwili, która dla mnie jest "chlebem powszednim". 


Moim "chlebem powszednim" jest miłość!!!


Kocham Cię bardzo, bardzo mocno moja Córciu!!!





poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Powstańczo...

Piątek 1 sierpnia godz. 12:10 po przedszkolu

Ja: Paula, idziemy jeszcze do pasmanterii.
Paula: A po co?
J: Musimy kupić biało-czerwone wstążki.
P: A do czego one nam potrzebne?
J: Pamiętasz, że dzisiaj idziemy z Tatusiem na rowery?
P: Tak.
J: Będzie z nami jechało bardzo dużo ludzi i musimy mieć biało-czerwone wstążeczki i opaski na ręce, bo dzisiaj jest bardzo ważne święto.
P: A jakie?
J: Bo widzisz, 70 lat temu...
P: To dawno, nie?
J: Tak, Córciu, dawno. 70 lat temu do Warszawy...
P: To stolica Polski, mój Tatuś tam czasami pracuje!
J: Zgadza się. 70 lat temu do Warszawy przyszli ludzie, którzy chcieli zburzyć tam budynki, domy, place zabaw. Ludzie, którzy tam mieszkali nie chcieli się na to zgodzić. Wyszli z domów i bronili ich, aby ich nie zniszczono. Byli bardzo odważni i my jesteśmy z nich dumni. Pojedziemy na rowerach wraz z innymi ludźmi, aby im oddać hołd.
P: To byli bohaterowie!!!

I niech mi ktoś powie, że 4-latka nie może być mądrzejsza od niejednego dorosłego. 


                                                           Fot. ZielonaNews





 

Krótkie nagranie przejazdu do zobaczenia tutaj

Powstańczą Masę Krytyczną z okazji 70-tej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego zorganizowało Stowarzyszenie Rowerem Do Przodu 


czwartek, 31 lipca 2014

Literacko...

Pewna, młoda zielonogórzanka postanowiła nie pisać "do szuflady" i podzielić się swoimi wierszami z całym światem. Oprócz tego postanowiła również rozwijać swój kunszt literacki i kształcić się w tym kierunku. W tym celu zapisała się do zielonogórskiego "Stowarzyszenia Jeszcze Żywych Poetów".
W 2012 roku został wydany Jej pierwszy tomik wierszy. Odbyło się kameralne spotkanie (w którym miałam przyjemność uczestniczyć) celebrujące to wydarzenie. Tomik wydany "na prędce", ale tak właśnie trzeba było uczynić. Na spotkaniu panowała bardzo radosna atmosfera. Były oklaski, gratulacje i dedykacje...



Tydzień temu brałam udział w uroczystości promującej drugi tomik wierszy tej autorki. Pięknie i profesjonalnie wydany. Spotkanie odbyło się w dużo szerszym gronie, a jakoby po tysiąckroć mniejszym. Atmosfera była bardzo uroczysta i podniosła, ale do radość to jej dużo brakowało. Były oklaski, ale przede wszystkim cisza.





Ta wymowna cisza przerywana raz po raz czyimś szlochem...
Te wiersze czytane poprzez łzy...
Zabrakło dedykacji...
Zabrakło bohaterki wieczoru...
Data - 25 lipca, pierwsza rocznica śmierci Emilii Grzelak...





Emilka zmarła po półtorarocznej walce z rakiem mózgu. I pytać nie będę: "Dlaczego Ona?'", "Dlaczego w tak młodym wieku?", "Dlaczego zabrakło tak pięknego człowieka?" Na cóż zdadzą się te moje pytania?
Jedyne co można zrobić to celebrować życie, tak jak miała to w zwyczaju Emilia. Uśmiechać się do ludzi, pokonywać przeciwności losu, być pięknym wewnętrznie, pracować z pasją, wierzyć w swoje marzenia...